Historia Jadwigi
Od początku
Wszystko zaczęło się (jak to zwykle się zaczyna) zupełnie przypadkiem. Pracowałem wówczas kawałek za miastem prowadząc z kolegą sklep ogrodniczy - drzewo, krzew, pnącze, bylina, płożące i jakie tam jeszcze: wszystko u nas do nabycia :). Teren pod roślinne cudeńka wynajmowany był od człowieka, który był właścicielem większej działki i dzieląc ją na parcele zapełniał sobie portfel tym sposobem podwójnie lub nawet potrójnie. Obok naszego ogrodniczego stacjonował dosyć szemrany komis samochodowy, handlujący również wszelakimi częściami do jakże modnego obecnie tuningu wioskowego. Obfitość tego złomu budziła wręcz zdumienie i jak już wspomniałem, miejscówka poza miastem stwarzała okazję łatwego kąska dla wszelkiej maści złodziei. W takich okolicznościach nieodzownym okazywał się najlepszy kompan człowieka - pies.
Z racji tego że mityczny szef (nie dane mi było ujrzeć gościa) miał ochotę czasami na schaboszczaka, interes kręcił na wielu poziomach (co już wspomniałem - od kosmetyków samochodowych po całe fury), stąd często komis odwiedzany był przez klientów w przestronnych, czarnych autach z takimiż szybami. Wkrótce też otruty został pląsający między samochodami, szerokomordziasty, umięśniony, wydający ze swojego gardła mało przyjazny bulgot (na wszystko co ruszające się w jego pobliżu) "pies". Z zaistniałego kłopotu (jak się później okazało) wybawił mitycznego szefa rezydujący po zamknięciu przybytku cieć. Sprowadził do kojca nowego psa, który był zapewne jego interesem życia i w ten sposób cieć mógł przez kolejne kilka dni wlewać w siebie nieskromne ilości alkoholu. Słowem, zachował ciągłość egzystencji. Nowy pies okazał się jednak totalnym niewypałem. Wypuszczony z klatki bawił się kamykami i na obcych przyjaźnie machał ogonem. Za to siedząc w kojcu wrzeszczał wniebogłosy przyprawiając o gęsią skórę. Umiejscowienie rzeczonej klatki wypadało w ten sposób, że całość wypadała na terenie naszych ogródkowych włości, natomiast furtka uchylała się w stronę pseudokomisu. Specyfika naszej działalności miała określonego klienta. Odwiedzali nas zatem przeważnie właściciele domów jednorodzinnych lub mieszkańcy tzw. wielkomiejskich sypialni na obrzeżach miasta - młode wilki, którym wypada przed sąsiadem pospacerować w sobotnie popołudnie z wypicowanym czworonogiem. Słowem, odwiedzali nas ludzie obdarzeni szczególną wrażliwością na los zwierząt.
Czas mijał i minął miesiąc a ujadanie z klatki nie ucichło. Przemieniło się raczej w zachrypnięty, błagalny szczek, czasami pisk i skamlanie. Wyruszyłem zatem do sprzedawcy komisowego by zaradził problemowi, jednak nie spotkałem się ze zrozumieniem. Kolejnym razem poinformowałem sąsiada, że klienci nasi (wrażliwi przecież) nie są zbyt zadowoleni słysząc wydobywający się z klatki skowyt. Następnym zaś razem zakomunikowałem, że wzywam straż miejską. Psiak całymi dniami siedział zamknięty w kojcu wielkości 2x2 z pustą, przewróconą miską i kawałkiem gówna z boku. Tak jak się spodziewałem sąsiedzi zza płotu nie byli zbytnimi fanami służb mundurowych i w krótkim czasie stwierdzili, że ów problem rozwiążą. Psiak miał być wymieniony na kilera ze schroniska i tam też miał trafić w ramach wymiany. Zaoferowałem, po domowych konsultacjach z moją lepszą połową, szczęśliwsze rozwiązanie i w ten sposób przejęliśmy komisowy "kłopot".
Zatem pewnego wrześniowego dnia 2004 roku w domu naszym zagościł czworonóg nieco przestraszony i wygłupiony całą sytuacją ale za to chyba szczęśliwy.